Ułatwienia dostępu

Dystrofia mięśniowa, wózek i kask –  obowiązek czy przesada?

Dystrofia mięśniowa, wózek i kask –  obowiązek czy przesada?

Dystrofia mięśniowa, wózek i kask - obowiązek czy przesada? kask Marcin Potyrało DystroPower nawet na bardzo krótkie Dystanse.

Była połowa lat 90, a ja byłem królem roweru. Wiatr we włosach i brak jakiegokolwiek zabezpieczenia na głowie, wiadomo, jak coś boli, to znaczy, że działa.

A jak mijałem jakiegoś gościa w kasku, to w głowie miałem tylko jedną myśl:

„Stary, serio? Może od razu przebierz się w kombinezon Michelin”

U mnie w paczce nikt nie nosił kasku. Nikt. Zero. Nawet jak ktoś miał nowy rower, to i tak bez hełmu co to, wojna?

Były potłuczenia, siniaki, jedna koleżanka zaliczyła porządne wstrząśnienie mózgu na zjeździe z górki. Ale nikt nie mówił „może kask by pomógł”,  mówiliśmy raczej „ale gleba!”.

Ja? Cudem nic nigdy nie stało się poważnego. Ale nie dlatego, że byłem mądrzejszy. Po prostu miałem farta. A fart to nie strategia.

Dystrofia mięśniowa a bezpieczeństwo na wózku – czy kask jest potrzebny?

Dystrofia mięśniowa, wózek i kask – obowiązek czy przesada?

Z biegiem lat moje życie się zmieniło.

Przestałem chodzić, a rower zamieniłem na wózek z elektryczną przystawką.

Temat kasku wydawał się więc zamknięty przecież na wózku nie da się przewrócić, prawda? Zostałem ojcem.

I jak mój syn zaczął pedałować, jakby gonił Tour de France, to jednym z pierwszych zakupów był kask. Nie pytajcie, czy chciał go zakładać wiadomo, że na początku nie. Jednak szybko zrozumiał, że głowa to nie bumper.

A że jestem tatą, który nie siedzi w domu tylko dlatego, że ma wózek, to ruszaliśmy razem. Było super.

Do czasu.

Bo przystawka do wózka to świetna sprawa. Stabilna, szybka, daje wolność. Ale…

Wiadomo, człowiek się rozluźni. Myślisz: „To przecież nie rower, to się nie wywraca.”

Otóż nie do końca.

I jak to mówią – nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka.

Wypadek na wózku inwalidzkim z przystawką – czego nauczyło mnie złamanie barku?

Dystrofia mięśniowa, wózek i kask – obowiązek czy przesada?

Dystrofia mięśniowa, wózek i kask - obowiązek czy przesada? twarz po wypadku Marcin

16 sierpnia 2017 roku. Wszystko się zmieniło.

Miałem wypadek.
Złamany bark. Rozbity łuk brwiowy.
Operacja zespolenia barku na gwoździe.
Potem długa rekonwalescencja.
Ból, taki prawdziwy, nie metaforyczny.
I powrót do sprawności, który nie miał nic wspólnego z bajką o herosie.

Czy po tym wszystkim zacząłem nosić kask?
Nie. Jeszcze nie.

Minęło kilka lat. Asia kupiła rower.
Rodzinny wyjazd, zdjęcie, trochę słońca i ja, zadowolony, bez kasku.
Wrzucamy zdjęcie na Facebooka, ktoś pyta:
– A dlaczego ty nie masz kasku?
Odpowiadam z humorem:
– Bo kask niszczy loki.

I wtedy dostaje wiadomość od Joanny Stodolnej-Tukendorf:

– Kask nie niszczy loków. To pomówienia. 🙂

Dystrofia mięśniowa, wózek i kask - obowiązek czy przesada? odpowiedź Joanny Marcin Potyrało DystroPower dystropower.pl

I wiecie co? Miała rację. Bo od tamtej pory ta myśl siedziała mi w głowie niczym kleszcz po spacerze po lesie. Zimą dojrzewała, aż na wiosnę kupiłem kask.
Bo choć wózek nie ma pedałów, grawitacja nie robi wyjątków.
I nagle czuję się… spokojniejszy.
Moje loki przeżyły.

Wypadek Asi – jak kask uratował zdrowie mojej żony?

20 maja 2022.

Tym razem nie ja.
Tym razem Asia.
To miał być zwykły dzień, zwykła jazda, zwykłe tempo.
Ale los nie potrzebuje spektakularnych scen, żeby namieszać.
Wystarczy jedna chwila. Ułamek sekundy.
I nagle wszystko się zmienia.

Asia miała wypadek.

Upadła.
I do dziś, kiedy przypomnę sobie tą sytuację, słyszę ten dźwięk.
Huk uderzającej głowy o chodnik.
Dźwięk, którego nie da się wymazać gumką z pamięci.
Który pozostaje i wraca w najmniej spodziewanym momencie.

Ale…

Asia miała kask.

I to zmieniło wszystko.
Ta cienka warstwa plastiku i pianki mogła być różnicą między „wszystko dobrze” a „wszystko się skończyło”.

W tamtym czasie napisałem o tym post. Emocje były świeże, ręce trochę drżały, ale musiałem to z siebie wyrzucić:

Dystrofia mięśniowa, wózek i kask - obowiązek czy przesada? biały kask Marcin Potyrało DystroPower dystropower.pl
Dystrofia mięśniowa, wózek i kask - obowiązek czy przesada? operacja joanny tokarskiej fizjopozytywna J

Powiedziała – jedź pierwszy, ja za tobą.

Wszystko widziałem kątem oka. Gwałtownie skręciło się przednie koło roweru i Asia wyleciała do góry. Potem głuchy odgłos zderzenia kasku z chodnikiem.

Dopiero po kilku godzinach poznałem diagnozę: złamany obojczyk. Na szczęście głowa cała. Jednak napięcie nie puszczało. Ciągle czułem, że coś jest nie tak. Bo nie było. Nie mogłem pomóc Asi. Nie mogłem zatroszczyć się o nią, kiedy potrzebowała fizycznego oparcia. W tamtym momencie czułem niemoc. Wiedziałem jednak, że muszę działać. Działać pomimo braku fizycznych możliwości do tego działania.

Zacząłem od wytłumaczenia dziecku, dlaczego mama wróci późno. Ogarnąłem codzienną rutynę i czekałem. Nie wróciła. Z letargu wyrwały mnie kroki. Nie były to jednak kroki Asi. Będzie operacja – powiedziała babcia.

Jako  OzN pomimo braku siły fizycznej, mam wpływ na to co się dzieje.

To ja kilka dni wcześniej zamówiłem Asi dobrej jakości kask. To ja skompletowałem niezbędne do rekonwalescenci rzeczy, kiedy Asia była w szpitalu. Również ja zadbałem o to, żeby nowy kask był dobrej jakości i chronił, jak poprzedni.

Przed nami trudny okres. Wiele się zmieniło i wiele się zmieni. Radzimy jednak sobie pomimo problemów. Bo każdy może od siebie coś dać.

Ja też jeżdżę w kasku.

A Ty?

Dystrofia mięśniowa, wózek i kask - obowiązek czy przesada? ktoś kupił kask po naszym wypadku
Dystrofia mięśniowa, wózek i kask - obowiązek czy przesada? Joanna Tokarska fizjopozytywna odpowiada w swojej relacji

Czy kask po wypadku nadaje się ponownie do ochrony głowy?

Po wypadku Joanny, zadzwoniłem do kilku do sklepów rowerowych. Z pytaniem:

„Słuchajcie, taki kask po wypadku nadaje się jeszcze? Czy możemy dalej używać?” I co usłyszałem? Jednoznacznie: nie, nie i jeszcze raz nie.

Bo wiecie, kask to nie jest magiczna czapka-niewidka. Jak przyjął uderzenie, jak pochłonął siłę uderzenia, to swoje zrobił i teraz już nie jest tym samym kaskiem.

Miejsce uderzenia mogło naruszyć konstrukcję. I przy kolejnym zdarzeniu może być tak użyteczny jak durszlak.

Więc co zrobiłem? Od razu kupiłem nowy. Taki sam. Bo skoro raz uratował, to nie ma co kombinować.

Czasem w życiu nie chodzi o to, żeby było taniej czy sprytniej. Chodzi o to, żeby było bezpieczniej.

Po poważnym upadku nie ma co oszędzać na kasku. Wymienić go. Głowa jest jedna, a kasków można kupić wiele.

Kask? Przy dystrofii to nie jest dodatek. To pokrowiec na mózg

Dystrofia mięśniowa, wózek i kask – obowiązek czy przesada?

Jak dziś patrzę na swoje przejażdżki z przystawką do wózka, to przychodzi mi do głowy jedno. No serio, jak ja w ogóle mogłem jeździć bez kasku?! Przecież to był proszący się o kłopoty klasyczny przykład „mnie to nie dotyczy”.

Gdybym wtedy, w 2017 roku, podczas mojego wypadku miał na głowie kask, to kto wie…

Może uniknąłbym złamanego barku, może łuk brwiowy nie wyglądałby wtedy jak po spotkaniu z Mike’em Tysonem. Może, może.

Czasu nie cofnę, mogę tylko uczyć się na błędach. I nie powielać ich więcej.

Z przystawką do wózka jeżdżę od lat. To jest wolność. To jest wiatr na twarzy, trochę szaleństwa, trochę dziecięcej frajdy.

Jest też coś jeszcze coś, czego nie było w dzieciństwie, kiedy człowiek po prostu jechał, nie myśląc o konsekwencjach, większa świadomość i postępująca choroba.

Bo teraz wiem jedno: przy dystrofii mięśniowej

przyjemna jazda może w ułamku sekundy zamienić się w coś, co przypomina wystrzelony pocisk z armaty bez celu.

Wystarczy dziura w drodze, pies sąsiada (który wyskakuje od boku z bramy), który stwierdzi, że jednak nie lubi ludzi na wózkach.

I zanim zdążę pomyśleć „oj”, to  ciało, dzięki odruchowi obrony nie do końca chce współpracować, zaczyna przypominać pocisk.

Nie dlatego, że jestem szybki jak rakieta.

Tylko dlatego, że czasami jestem bezwładny, nie mam na tyle siły żeby szybko w takiej sytuacji zapanować nad swoim ciałem siłą mięśni.

I tu właśnie wchodzi on cały na biało. Kask.

Nie psuje fryzury (chyba że naprawdę się postaram).

Nie obniża prestiżu (nikt nie ma prestiżu lecąc twarzą po asfalcie).

A może uratować to, co mamy najcenniejsze głowę. Bo kiedy nie mogę liczyć na mięśnie, muszę liczyć na głowę, którą chronię.

Jaki kask wybrać do przystawki elektrycznej do wózka inwalidzkiego?

Powiem wam tak: jeśli spodziewacie się, że zaraz wjadę tu z tabelką parametrów technicznych, wykresami wytrzymałości i współczynnikiem przewiewności skorupy, to możecie od razu napić się herbaty i odpuścić czytanie.

Bo nie ma czegoś takiego jak “kask do przystawki elektrycznej do wózka”.

Nikt nie produkuje specjalnej linii kasków dla osób takich jak ja, czyli siedzących na wózku, jadących na przystawce, którzy chcą chronić głowę, ale przy okazji nie wyglądać jak kosmonauta z lat 70.

Więc jak wybrałem swój kask? Bardzo prosto, tak jak kupuje się normalne rzeczy do życia.

Patrzyłem, żeby nie był najtańszy, bo tanie kaski mają to do siebie, że chronią głowę mniej więcej tak, jak karton po mleku. 

Ale też nie celowałem w takie, które kosztują jak używany rower. 

Ot, wpisałem w wyszukiwarkę magiczne hasło: najlepszy kask rowerowy do 300 zł.

I co znalazłem?

Biały. Bo lubię biały. Z dużą ilością dziurek. Bo wiecie, jestem fanem świeżego powietrza i nie lubię, jak głowa gotuje mi się jak pierogi w garnku.

Jak już wypatrzyłem taki, który wyglądał jak coś, co założę bez wstydu na głowę, wziąłem centymetr krawiecki  tak, ten sam, którym kiedyś mierzyło się obwód brzucha i zmierzyłem łepetynę. Klik, kupione. 

Kiedy bezpieczeństwo staje się sprawą osobistą

Dystrofia mięśniowa, wózek i kask – obowiązek czy przesada?

Od wiosny do jesieni przemierzam trasy,czasem sam, czasem z rodziną, zawsze z moją elektryczną przystawką.
I z każdym kolejnym kilometrem widzę to samo: dzieci i młodzież bez kasków, jakby bezpieczeństwo było czymś wstydliwym, jakby głowa była z tytanu, a asfalt z gąbki.

Wiem, że nie ma obowiązku. Ale wiem też, że świadomość jest dziś większa niż w latach 90-tych, kiedy nie było takiego dostępu do informacji.

Kiedy w maju i czerwcu 2025 roku scrolluję Facebooka i co rusz trafiam na posty:

„Dziecko jechało na rowerze, upadł nie miał kasku, karetka zabrała do szpitala”,

„Dwie osoby jechały na hulajnodze były bez kasku, trafiły do szpitala w stanie ciężkim”,

„Kolejny młody pacjent po wypadku na hulajnodze, zmarł bo nie miał kasku”,  to aż mnie skręca.

I wtedy zadaję sobie jedno proste pytanie:

gdzie są ci wszędobylscy rodzice, którzy potrafią zrobić z życia domowego piekło o byle co? Ci sami, którzy z krzykiem dopominają się sprzątnięcia pokoju, drą ryje, kiedy dziecko przychodzi 4 na świadectwie, to pytają a czemu nie 5? Lub czemu nie masz czerwonego paska na świadectwie?

Jak przychodzi do czegoś naprawdę ważnego, na przykład kupienia dziecku kasku na rower, wrotki czy hulajnogę (inne kaski kupuje się do roweru, hulajnóg, wrotek/rolek, czasami producenci piszą, że jeden kask ochroni głowę bez względu czy jedziemy rowerem czy rolkami), która nawiasem mówiąc przyspiesza szybciej niż Daewoo Tico twojej babci, to nagle cisza i wywracanie oczami, mówienie na odczepnego, „nie ma potrzeby”, bo „przecież jeździ ostrożnie”.

Tylko wiecie co? Asfalt nie pyta, czy jedziesz ostrożnie. Asfalt przyjmuje wszystkich jednakowo.

Więc może zanim kolejny raz usłyszę: „Posprzątaj pokój!” albo „Dlaczego cztery, a nie pięć?!”, ktoś z tych krzykliwych rodziców pomyśli: „Może kupię temu mojemu młodemu kask. Bo głowa jest jedna.”

Dziękuję Ci za poświęcony czas jak i przeczytanie. Proszę Cię skomentuj co na ten temat myślisz. Jeśli będziesz miał jakiekolwiek pytania, to zapraszam Cię do ich zadawania.

Jak już przeczytasz, to zapraszam Ciebie do innych moich opracowań :

Dołącz do mnie na Instagramie

Dystrofia mięśniowa, wózek i kask – obowiązek czy przesada?

#reklama #reklama własna 

© 2025 DystroPower Marcin Potyrało

2 komentarze do “Dystrofia mięśniowa, wózek i kask –  obowiązek czy przesada?”

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry