Baton z orzechami vs. mój ząb: historia małej katastrofy i wielkiej naprawy
Wieczór zapowiadał się spokojnie. Siedzieliśmy sobie z rodziną, lekko podjadając i delektując się drobnymi przyjemnościami życia, aż nagle – BAM! Wszystko poszło się… wiadomo gdzie. A winowajcą tej katastrofy był on – niepozorny baton z orzechami.
Na początku nic nie wskazywało na tragedię. Wziąłem pierwszego gryza, bo jako najprzystojniejszy należało mi się prawo pierworodnego. I wtedy poczułem coś twardego.
„Oho” – pomyślałem. „Baton chciał mnie zamordować.” Spokojnie oznajmiłem Asi i Szymonowi, że chyba dostałem w gratisie kawałek łupiny. Prawie jak w tych starych westernach, gdzie ktoś przemyca pilnik w bochenku chleba, żeby Daltonowie mogli uciec z więzienia. Z tą różnicą, że tutaj nie było żadnej ucieczki – tylko ja i coś twardego w ustach.
A potem przyszła ta myśl.
A co, jeśli to nie łupina?
Szybki skan językiem po uzębieniu – niby wszystko na miejscu. Ale nie, jednak nie. Bo oto, moi drodzy, okazało się, że ukruszyłem pół zęba. I nie byle jakiego, tylko takiej biednej, spracowanej szóstki, która była bardziej szkieletem niż pełnoprawnym członkiem drużyny.
Przez lata stała tam dzielnie, dając oparcie innym, aż w końcu przyszedł baton i zrobił z niej Kanion Kolorado.
Kilka lat temu, kiedy Asia wróciła z jakiegoś szkolenia, dowiedziałem się, że brak zęba to nie tylko estetyka, ale też zdrowie. Bo jak ząb znika, to zaczyna się efekt domina – wszystko się przesuwa, gryzienie się zmienia, a to ciągnie za sobą szereg nieszczęść.
Baton z orzechami vs. mój ząb: historia małej katastrofy i wielkiej naprawy
A to wszystko przez batona 😉
A tymczasem moje życie stało się nagle festiwalem irytacji. Wiecie, jak normalnie język sobie leży spokojnie na podniebieniu, nikomu nie przeszkadza, niczym turysta na leżaku?
No to teraz zamienił się w wiertło udarowe. Non stop pakował się w miejsce ukruszenia, badał każdy milimetr, jakby chciał się upewnić, że katastrofa naprawdę się wydarzyła.
Efekt?
Po kilku godzinach było mi już wszystko jedno, byle tylko przestało to irytujące mrowienie.
Więc teraz, zamiast płakać nad rozlanym mlekiem (czy raczej nad ukruszonym zębem), rano wykonałem telefon do stomatologa.
Stres związany z wizytami
Nie powiem, odkąd przesiadłem się na wózek inwalidzki, wizyty lekarskie zaczęły mnie stresować. I nie, nie dlatego, że boję się stomatologa. Nie chodzi o dźwięk wiertła ani to, że ktoś mi grzebie w jamie ustnej. Chodzi o dźwiganie.
Kiedyś wyglądało to tak:
Najpierw transfer do auta – czyli dźwiganie.
Potem złożenie wózka, przejazd, rozłożenie wózka i kolejne dźwiganie z auta na wózek.
U stomatologa?
To samo. Przesiadka na fotel – dźwiganie. Powrót na wózek – dźwiganie.
Wizyta skończona? To znowu transfer do auta, złożenie wózka, przyjazd do domu, rozłożenie wózka, dźwiganie z pojazdu.
A to tylko jedna wycieczka do dentysty.
Policzyliście, ile razy mój ojciec musiał mnie podnosić? Bo ja tak. I dodajcie do tego codzienne dźwiganie w domu:
do kąpieli,
do łóżka,
do różnych czynności higienicznych.
Można by pomyśleć, że noszenie mnie powinno być jakąś dyscypliną olimpijską.
Dlatego przez lata
wizyty były dla mnie stresem. Nie sam zabieg, nie lekarz, tylko ta cała logistyka przenoszenia mnie z miejsca na miejsce.
A potem przyszła rewolucja – podnośniki transferowe.
Jeden w aucie, drugi w domu. I nagle wszystko się zmieniło. Teraz nikt mnie nie dźwiga. Żadnych przeciążeń, żadnego ryzyka dla kręgosłupa moich bliskich.
Owszem, trwa to dłużej. Trzeba się nachodzić, przypiąć pasy, przesunąć, podłożyć, odłożyć – i potem to samo w drugą stronę. Ale jest bez porównania lżej i bezpieczniej – zarówno dla mnie, jak i dla tych, którzy mi pomagają.
A co do mojej wizyty u dentysty, udało mi się umówić jako ostatni pacjent dnia. Czyli idealnie.
Baton z orzechami vs. mój ząb: historia małej katastrofy i wielkiej naprawy
Odkąd używam urządzeń wspomagających,
każda wizyta to coś w rodzaju operacji logistycznej na pełną skalę. Jak mam termin na 12:20, to z domu wychodzę dużo wcześniej, bo samo wyjście wymaga kilku etapów przygotowań.
Najpierw podnośnik – trzeba go naszykować, wynieść z domu, włożyć do bagażnika, potem „uzbroić” w pojeździe, żebym mógł się przesiąść. Następnie złożyć podnośnik, złożyć wózek, dojechać, a na parkingu cała operacja w odwrotnej kolejności. A to wszystko jeszcze zanim wejdę do gabinetu i powiem „dzień dobry”.
Na moje szczęście gabinet stomatologiczny jest przystosowany dla osób na wózkach.
Jest podjazd, szerokie drzwi bez progów, które nie wymagają kaskaderskich umiejętności, żeby przez nie przejechać. W środku wszystko na płasko.
A do tego toaleta dla osób z niepełnosprawnościami, co w teorii powinno być standardem, ale w praktyce czasem wygląda tak, że jest… tylko znajduje się kilometr dalej, w innym budynku, najlepiej na piętrze bez windy.
Więc tak – tym razem logistyka poszła sprawnie.
Baton z orzechami vs. mój ząb: historia małej katastrofy i wielkiej naprawy
Po chwilowym czekaniu
Pani doktor Joanna Żelazny zaprosiła mnie do gabinetu i zapytała, co się stało. Po krótkim streszczeniu poprosiłem, żebyśmy spróbowali naprawić ząb na moich warunkach – czyli żebym mógł zostać na wózku. Asia zaproponowała, że pomoże, podtrzyma mi głowę i będzie asystować, żeby wszystko przebiegło sprawnie.
Trzeba było trochę przemeblować gabinet, ale na szczęście pani doktor to osoba z gatunku tych, które zamiast mówić „to niemożliwe”, od razu kombinują, jak coś zrobić. Nawet podzieliła się historią o pacjencie, który przyjechał do niej na łóżku, karetką, żeby naprawić ząb. Takie rzeczy dobrze się słucha – od razu człowiek wie, że trafił do właściwej osoby.
Kiedy czekałem na to, aż znieczulenie zacznie działać, dowiedziałem się, że akcja komplikuje się niczym w telenoweli. Okazało się, że moje wczorajsze ukruszenie odsłoniło większy problem – siódemka obok też wymaga naprawy. Z wierzchu wyglądała normalnie, ale dopiero po ukruszeniu szóstki było widać, że coś się tam dzieje. Czyli klasyczna sytuacja: idzie się naprawić jedną rzecz, a kończy z pełnym remontem.
Zapytałem przy okazji,
czy często mają pacjentów na wózkach. Tak, ale zazwyczaj umawiają ich na ostatnią godzinę, bo potrzeba więcej czasu na całą organizację. Wtedy dołączyła druga pani asystentka i podzieliła się świetną informacją: jeśli jest odpowiedni fotel dentystyczny, można podjechać do niego wózkiem od tyłu, a podgłówek przekręcić w drugą stronę, żeby móc się oprzeć. Proste, skuteczne, a nie każdy o tym wie.
To pokazuje jedną rzecz – warto o wszystkim mówić podczas umawiania wizyty. Nie każdy stomatolog ma doświadczenie z pacjentami na wózkach, tak samo jak nie każdy wózkowicz jest taki sam. Ja mam dystrofię mięśniową i potrzebuję pełnej asysty, ale np. paraplegik ma silne ręce i często przesiada się samodzielnie.
To, że ktoś „porusza się na wózku”, nie mówi absolutnie nic o tym, jak trzeba mu pomóc. I to jest właśnie ten poziom świadomości, który warto szerzyć.
Baton z orzechami vs. mój ząb: historia małej katastrofy i wielkiej naprawy
Podczas wizyty Asia trzymała mi głowę,
żebym miał stabilne podparcie. A że to wcale nie była szybka akcja, to trochę się nastaniała. Pani doktor na każdym etapie dopytywała, czy nie boli, sugerowała zmianę pozycji, żeby kark odpoczął, bo wiadomo w tej konfiguracji mięśnie dostają swoje. Ale to mała cena za naprawiony ząb – komfort na lata, trochę wysiłku teraz.
Dodatkowo ustaliliśmy, że wiosną zabieramy się za gruntowną odbudowę szóstki. Przy jednej wizycie trzy godziny w tej pozycji byłyby nie do przejścia, więc podzieliliśmy to na etapy.
Ale co najważniejsze mam teraz zupełnie nowe podejście do wizyt u dentysty. Skoro wiem, że dam radę w tej pozycji, bez konieczności transferu na fotel, a Asia może zabezpieczyć moją głowę, to mogę w końcu zrobić z uzębieniem to, co zawsze chciałem.
Wcześniej nawet nie brałem pod uwagę
poprawy estetyki – jak bolało, to się działało, jak nie bolało, to zostawiało się w spokoju, bo każda wizyta to był ogromny wysiłek dla wszystkich. Teraz? To już inna liga.
A skoro na wiosnę planujemy dłuższą akcję u dentysty, to już wiem, że możemy z Asią przyjechać… na rowerach!
Ja na wózku z przystawką elektryczną (kliknij żeby przeczytać wpis o przystawce), Asia na klasycznym rowerze. Zero kombinowania z podnośnikiem transferowym w samochodzie, składaniem, rozkładaniem – czysta wygoda.
Jeżeli mogę coś uprościć, to zawsze wybiorę najprostsze rozwiązanie. I to właśnie jest ta wolność wyboru, o którą warto walczyć.
Po skończonym zabiegu pani doktor zrobiła mi prześwietlenie – całe szczęście, mają sprzęt na miejscu. Kiedyś to nie było takie proste. Zdarzało się, że po wizycie słyszałem: „Proszę zrobić RTG”. I wtedy zaczynała się kolejna misja logistyczna umawianie terminu, dojazd, dźwiganie. Dodatkowa praca fizyczna dla osoby, która była ze mną.
Baton z orzechami vs. mój ząb: historia małej katastrofy i wielkiej naprawy
Podczas robienia RTG,
jak zawsze, wszystko wygląda inaczej niż standardowo. Nie siedzę w wyprofilowanym fotelu, tylko na swoim wózku, a to zmienia sporo. Wiadomo, sprzęt jest projektowany pod osoby, które mogą się dopasować do fotela – a ja mam swoją wersję tego komfortu.
I tutaj ogromną robotę zrobiła Asia. Przeszła szkolenie, jak trzymać to „cuś” w odpowiednim miejscu, żeby zdjęcie wyszło dobrze. Bo wiadomo, jak coś się przesunie o milimetr, to zamiast precyzyjnego RTG wychodzi dzieło sztuki nowoczesnej. Dzięki Asi wszystko poszło sprawnie – bez powtórek, kombinowania i dodatkowego stresu.
Taka asystentka to skarb.
Ząb ma mocny korzeń – tak powiedziała pani doktor, co oznacza, że temat można uznać za zamknięty.
Z boku? Może wyglądać na prostą wizytę. Ale to jest ogrom pracy dla naszych opiekunów, asystentów, najbliższych.
A dzisiaj, 12 lutego, wypada Ogólnopolski Dzień Opiekuna
dzień, w którym zwraca się uwagę na ich problemy, potrzeby, ale przede wszystkim docenia się ich trud i wsparcie.
Ja na każdym etapie życia jestem wdzięczny za pomoc, jaką otrzymuję – zarówno od moich najbliższych, jak i od osób, które choć przez chwilę pomagają mi w codziennych wyzwaniach. Bez nich życie wyglądałoby zupełnie inaczej.
Tak jak było dzisiaj, miałem szczęście że mam urządzenia wspomagające, Asia nie była na szkoleniu, pogoda dopisała, bez deszczu, wiatru, udało mi się „dostać” wolne miejsce u dentysty, empatyczną obsługę stomatologiczną , Asia nie musiała mnie dźwigać na fotel, za to jestem bardzo wdzięczny, trafiłem niczym ślepa kura ziarno.
Z dzisiejszej perspektywy uważam, że każda osoba z niepełnosprawnością, która potrzebuje fizycznej pomocy w transferach, powinna mieć dostęp do urządzeń wspomagających – podnośników samochodowych, transferowych, domowych.
Chciałbym żeby to nie jest luksus, to konieczność. Dla komfortu osoby z niepełnosprawnością, ale też dla zdrowia tych, którzy pomagają na co dzień. Bo ile można dźwigać człowieka? To nie torba z zakupami. Kręgosłup ma swoje granice.
Takie rozwiązania sprawiają, że codzienność staje się łatwiejsza, bezpieczniejsza i mniej stresująca – zarówno dla osoby na wózku, jak i dla jej opiekunów. A mniej stresu to lepsza jakość życia.
ps.
Żeby nie ulec lękowi i traumie, zjadłem znowu gryza, a może i dwa tego winowajcy,
który z jednej strony spowodował zdenerwowanie, a z drugiej odkrył poważny problem z innym zębem, ta sytuacja nauczyła nas, że damy radę wykonywać usługi stomatologiczne bez transferów.
FAQ. Dentysta, wózek, dystrofia mięśniowa i ukruszony ząb
Poniżej zebrałem najważniejsze pytania po mojej przygodzie pod tytułem: baton z orzechami kontra ząb. Niby zwykła wizyta u dentysty. Tylko że kiedy masz dystrofię mięśniową, poruszasz się na wózku i potrzebujesz pomocy przy transferach, zwykła wizyta potrafi zmienić się w logistyczną wersję filmu katastroficznego. Na szczęście z dobrym gabinetem, podnośnikiem i odrobiną kombinowania da się to ogarnąć.
Co zrobić, kiedy ukruszy się ząb?
Najrozsądniej jak najszybciej skontaktować się ze stomatologiem. Nie czekać tygodniami, nie udawać, że język przestanie badać dziurę co trzy sekundy i nie liczyć, że ząb magicznie się obrazi, ale potem wróci do formy. U mnie ukruszona szóstka odsłoniła większy problem z siódemką obok, więc szybka wizyta nie tylko naprawiła awarię, ale też pokazała, że pod spodem dzieje się coś więcej.
Czy ukruszony ząb zawsze oznacza tylko mały problem?
Nie zawsze. Czasem ukruszenie wygląda jak drobna katastrofa po batonie z orzechami, a potem okazuje się, że odsłoniło większy temat. U mnie wyglądało to tak: poszedłem naprawić jedną rzecz, a wyszedł plan na szerszą naprawę. Klasyka gatunku. Człowiek idzie po łatkę, a dentystyczna rzeczywistość mówi: spokojnie, mamy tu cały remont.
Dlaczego brak zęba to nie tylko estetyka?
Brak zęba to nie tylko kwestia wyglądu. Zęby pracują razem, więc kiedy jeden znika albo przestaje spełniać swoją rolę, może zacząć się efekt domina. Gryzienie się zmienia, inne zęby dostają większe obciążenie, a cała układanka w jamie ustnej zaczyna przypominać meble po przeprowadzce, której nikt nie zaplanował.
Dlaczego wizyta u dentysty może stresować osobę na wózku?
W moim przypadku stres nie brał się z wiertła ani z samego leczenia. Chodziło o logistykę. Transfer do auta, składanie wózka, przejazd, rozkładanie wózka, przesiadka u dentysty, potem wszystko od nowa w drugą stronę. To nie jest jedna wizyta. To mała ekspedycja, tylko bez pięknych widoków i bez gwarancji, że ktoś po drodze nie nadwyręży kręgosłupa.
Czy osoba z dystrofią mięśniową może leczyć zęby bez przesiadania się na fotel dentystyczny?
W moim przypadku tak się udało. Poprosiłem, żebyśmy spróbowali naprawić ząb na moich warunkach, czyli żebym został na wózku. Trzeba było trochę przemeblować gabinet, Asia podtrzymała mi głowę, pani doktor dopytywała o komfort i wszystko poszło. To nie znaczy, że u każdego będzie tak samo, ale pokazuje jedną ważną rzecz: warto pytać, zanim człowiek uzna, że czegoś się nie da.
O co zapytać podczas umawiania wizyty u dentysty, jeśli poruszasz się na wózku?
Warto powiedzieć konkretnie, jakiej pomocy potrzebujesz. Nie wystarczy hasło: jestem na wózku. Trzeba zapytać o podjazd, szerokie drzwi, brak progów, możliwość zostania na wózku podczas leczenia, dostęp do toalety, miejsce na manewrowanie i ewentualnie dłuższy czas wizyty. Bo osoba na wózku osobie na wózku nierówna. Paraplegik może samodzielnie się przesiąść, a ja przy dystrofii mięśniowej potrzebuję pełnej asysty.
Dlaczego warto umawiać pacjenta na wózku na ostatnią godzinę?
Bo taka wizyta może wymagać więcej czasu. Czasem trzeba przestawić sprzęt, inaczej ustawić fotel, znaleźć najlepszą pozycję, dać chwilę odpoczynku dla karku albo spokojnie wykonać RTG. Ostatnia godzina zmniejsza presję, że za drzwiami czeka kolejka ludzi, którzy patrzą na zegarek jakby od tego zależały losy świata.
Jaki gabinet stomatologiczny jest wygodniejszy dla osoby na wózku?
Najlepiej taki, w którym jest podjazd, szerokie drzwi, brak progów, płaska przestrzeń w środku, toaleta dla osób z niepełnosprawnością i personel, który nie panikuje na widok wózka. W moim przypadku ogromną różnicę zrobiło to, że gabinet był przystosowany, a pani doktor i asystentki zamiast mówić „nie da się”, zaczęły kombinować, jak to zrobić.
Czy odpowiedni fotel dentystyczny może ułatwić leczenie osoby na wózku?
Tak. Podczas wizyty dowiedziałem się, że przy odpowiednim fotelu można podjechać wózkiem od tyłu, a podgłówek przekręcić w drugą stronę, żeby pacjent mógł się oprzeć. Proste, skuteczne i genialne w swojej prostocie. Tylko trzeba o tym wiedzieć, bo inaczej człowiek przez lata myśli, że jedyna droga to przesiadka na fotel i kolejne dźwiganie.
Jaką rolę może mieć opiekun podczas wizyty u dentysty osoby z niepełnosprawnością?
Opiekun może mieć ogromną rolę. U mnie Asia pomagała przy ustawieniu, trzymała mi głowę, wspierała przy RTG i ogarniała rzeczy, które z boku mogą wyglądać jak drobiazgi, ale w praktyce decydują, czy wizyta pójdzie spokojnie. To nie jest „tylko towarzyszenie”. To czasem asystencja level hard, tylko bez fanfar i bez medalu na końcu.
Dlaczego podnośnik transferowy zmienia wizyty lekarskie?
Podnośnik transferowy zmienia bardzo dużo, bo zdejmuje z bliskich konieczność dźwigania człowieka. U mnie kiedyś każda wizyta oznaczała serię transferów: do auta, z auta, na wózek, z wózka, z powrotem. Teraz trwa to dłużej, bo trzeba przygotować sprzęt, pasy i cały manewr, ale jest lżej i bezpieczniej. A kręgosłupy opiekunów też mają prawo do życia.
Czy urządzenia wspomagające dla osób z niepełnosprawnością to luksus?
Nie. Dla mnie podnośnik samochodowy, transferowy albo domowy to nie luksus, tylko konieczność. To sprzęt, który chroni osobę z niepełnosprawnością i tych, którzy pomagają jej na co dzień. Bo człowiek to nie torba z zakupami. Nie powinno się nikogo regularnie dźwigać tylko dlatego, że system uznał, że jakoś to będzie.
Czy RTG na miejscu u dentysty ma znaczenie dla osoby na wózku?
Ma ogromne znaczenie. Kiedy gabinet ma RTG na miejscu, odpada kolejna wyprawa, kolejny termin, kolejny dojazd i kolejna operacja logistyczna. Dla osoby na wózku to nie jest mała różnica. To może być różnica między jedną wizytą a całym serialem pod tytułem: jeszcze tylko prześwietlenie, jeszcze tylko transport, jeszcze tylko dźwiganie.
Czy leczenie stomatologiczne na wózku wymaga więcej planowania?
Tak. Trzeba wcześniej pomyśleć o czasie, dojeździe, dostępności gabinetu, pozycji podczas leczenia, pomocy opiekuna, toalecie i tym, czy da się wykonać wszystko na miejscu. To nie jest przesada. To jest normalna logistyka osoby, która nie może po prostu wstać, przesiąść się i dopasować do świata jak składane krzesło.
Dlaczego warto mówić stomatologowi o swoich ograniczeniach?
Bo stomatolog nie czyta w myślach. To, że ktoś widzi wózek, nie znaczy, że wie, jak działa twoje ciało. Przy dystrofii mięśniowej mogę potrzebować stabilizacji głowy, odpoczynku dla karku, innego ustawienia, więcej czasu i pomocy przy rzeczach, które dla innych są automatyczne. Im więcej powiesz przy umawianiu wizyty, tym mniejsze ryzyko, że na miejscu zacznie się improwizacja w stylu: zobaczymy, co da się zrobić.
Czy jedna udana wizyta u dentysty może zmienić podejście do leczenia?
U mnie tak. Skoro zobaczyłem, że da się naprawić ząb bez transferu na fotel, z podparciem głowy i dobrą organizacją, to nagle stomatologia przestała być tylko gaszeniem pożarów. Wcześniej działałem głównie wtedy, kiedy bolało. Teraz wiem, że mogę planować większą naprawę i estetykę, a nie tylko czekać, aż kolejny ząb zrobi przedstawienie.
Co pokazuje ta historia osobom z niepełnosprawnością i ich opiekunom?
Pokazuje, że dostępność to nie tylko podjazd przy wejściu. To także sprzęt, czas, elastyczne podejście, opiekun, który może pomóc, i specjalista, który nie traktuje wózka jak problemu nie do przejścia. Z boku to była wizyta u dentysty. Od środka to była lekcja, że czasem jedna dobrze zorganizowana sytuacja potrafi otworzyć drzwi do rzeczy, których wcześniej nawet nie brało się pod uwagę.
Jaki jest najprostszy wniosek z tej historii?
Najprostszy wniosek jest taki: warto szukać gabinetu, który myśli, a nie tylko ma fotel. Warto mówić o swoich potrzebach, pytać o rozwiązania i nie zakładać z góry, że wszystko musi wyglądać standardowo. Bo standard jest fajny tylko wtedy, kiedy twoje ciało pasuje do standardu. A jeśli nie pasuje, trzeba znaleźć ludzi, którzy potrafią przesunąć fotel, przekręcić podgłówek i zrobić robotę.
Baton z orzechami vs. mój ząb: historia małej katastrofy i wielkiej naprawy
Dołącz do mnie na Instagramie i Facebook
© 2025 DystroPower Marcin Potyrało